A PHP Error was encountered

Severity: 8192

Message: Methods with the same name as their class will not be constructors in a future version of PHP; CI_Loader has a deprecated constructor

Filename: libraries/Loader.php

Line Number: 29

A PHP Error was encountered

Severity: Notice

Message: Only variables should be passed by reference

Filename: codeigniter/Common.php

Line Number: 142

A PHP Error was encountered

Severity: 8192

Message: Methods with the same name as their class will not be constructors in a future version of PHP; CI_Session has a deprecated constructor

Filename: libraries/Session.php

Line Number: 27

A PHP Error was encountered

Severity: Warning

Message: Declaration of DEBUG_PDO::prepare($q) should be compatible with PDO::prepare($statement, $options = NULL)

Filename: libraries/DB.php

Line Number: 31

A PHP Error was encountered

Severity: Warning

Message: Declaration of media::insert($file) should be compatible with db_model::insert($data = NULL, $return_nid = false)

Filename: libraries/media.php

Line Number: 345

A PHP Error was encountered

Severity: Warning

Message: Declaration of media::delete($args) should be compatible with db_model::delete($args = Array)

Filename: libraries/media.php

Line Number: 0

Pionierzy na Dzikim Zachodzie
Obywatelska gra miejska

Wrocław dawniej



ZOO w czasie II Wojny Światowej


W związku z oblężeniem Festung Breslau przez Armię Czerwoną wokół w połowie lutego 1945 r. wydano rozkaz rozstrzelania zwierząt z ogrodu zoologicznego. Zwierzęta ufnie podchodziły do żołnierzy, traktując ich jak publiczność. Dopiero gdy usłyszały strzały, ukryły się za skałami. Żołnierze wieszali więc na metalowych kijach smakołyki i w ten sposób wypędzali je z kryjówek.Niektóre zwierzęta nie przetrwały z powodu granatów czy bomb zrzucanych na teren zoo. Cudem uratowało się ok. 200 zwierząt, które pracownicy ukrywali do czasu kapitulacji twierdzy. Po wojnie rozwieziono je do ogrodów zoologicznych w innych miastach. Transport jadący do Poznania został po drodze zatrzymany przez żołnierzy radzieckich. Chcieli oni rozstrzelać konwojentów, bo myśleli, że w skrzyniach są szabrownicy. Dopiero jeden z przewożących przypomniał sobie rosyjskie słowo biegiemot (hipopotam), co sprawiło, że żołnierze bliżej zainteresowali się zawartością skrzyń.

Niektóre zwierzęta nie przetrwały z powodu granatów czy bomb zrzucanych na teren zoo. Cudem uratowało się ok. 200 zwierząt, które pracownicy ukrywali do czasu kapitulacji twierdzy. Po wojnie rozwieziono je do ogrodów zoologicznych w innych miastach. Transport jadący do Poznania został po drodze zatrzymany przez żołnierzy radzieckich. Chcieli oni rozstrzelać konwojentów, bo myśleli, że w skrzyniach są szabrownicy. Dopiero jeden z przewożących przypomniał sobie rosyjskie słowo biegiemot (hipopotam), co sprawiło, że żołnierze bliżej zainteresowali się zawartością skrzyń. W 1947 r. rozpoczęto prace remontowe w zoo. Ze 167 zwierząt oddanych w depozyt do innych miast wróciły 62. Otwarcie nastąpiło 18 lipca 1948 r. W sumie hodowano 150 zwierząt (obecnie ponad 6 tys.), ale i tak zainteresowanie było ogromne - w pierwszym roku powojennego działania zoo odwiedziło ponad 300 tys. osób. W 1954 r. frekwencja była najlepsza na świecie, o czym informowało międzynarodowe czasopismo „ZOO-News”.


Kradzież w Muzeum Śląskim


1956 rok, Biskupin. Grupa szkolnych kolegów założyła nieformalny Klub Czerwonych Koszul. Nazwa wzięła się od koloru flanelowych koszul, które nosili. Wszyscy marzyli o dalekich podróżach, choć żadnego nie było na nie stać. Kuzynka jednego z nich, plastyczka, w trakcie rozmowy poinformowała, że w Muzeum Śląskim (obecnie Narodowe) znajdują się cenne obrazy, np. „Śluby Jana Kazimierza” autorstwa Jana Matejki.

5 marca 1957 r., Muzeum Śląskie. Po otwarciu drzwi do sali na drugim piętrze okazało się, że brakuje kilku obrazów, po niektórych zostały tylko ramy. Ukradziono eksponaty o łącznej wartości 535 tys. starych złotych. Przypadkowy przechodzień w studzience kanalizacyjnej odkrył ramy od skradzionych obrazów.

Wkrótce do dyrektora Muzeum zadzwonił nieznany mężczyzna i zażądał 500 tys. zł za obrazy. Do Rady Państwa z kolei trafił list podpisany przez organizację K-44 z żądaniem 2 mln zł. Odpowiedzi oczekiwali w warszawskim „Expressie Wieczornym”. Władze przystały na propozycję, a dwa tygodnie później otrzymały kolejny list z kwitem bagażowym z Dworca Głównego w Poznaniu. Milicja odebrała z przechowalni jeden ze skradzionych obrazów. W maju złodzieje ponowili żądanie 2 mln zł. Zgodnie z ich wymaganiami odpowiedź Muzeum pojawiła się we wrocławskim „Słowie Polskim”. Złodziejom zaproponowano kwotę 700 tys. zł i kontakt urwał się na kilka lat. W czerwcu postępowanie umorzono.

Sierpień 1959 r. Prokuratura Generalna opublikowała apel o wskazanie złodziei lub miejsca ukrycia obrazów, oferując nagrodę w wysokości 100 tys. zł (za taką kwotę można było kupić wówczas np. duży dom). Zgłosiła się jedna z pracownic Muzeum, twierdząc, że jej krewny, Jakub L., może coś wiedzieć o obrazach. Aresztowano go kilka dni później, jednak nie przyznał się do kradzieży. Wskazał jednak Jurka J., ”Hiszpana”. Trzecim sprawcą okazał się Mirosław K., który przebywał w Danii (dokąd obrazy miały zostać sprzedane). Śledztwo przejęła Służba Bezpieczeństwa. Niewiele to dało, bo Jakub L. twierdził, że nie zna miejsca przechowywania obrazów (podobno wywozili je pozostali sprawcy), a „Hiszpan” zmarł rok wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach. Pojawiły się informacje, że dzień przed śmiercią w szpitalu (do którego trafił z powodu zapalenia wyrostka robaczkowego) odwiedziło go trzech mężczyzn. Prawdopodobnie podano mu do wypicia szklankę wody, co w złym stanie chorego mogło oznaczać dawkę śmiertelną.

W końcu Jakub L. zaprowadził śledczych do drewnianego kościółka w Parku Szczytnickim, gdzie za ołtarzem znaleziono zrolowane obrazy, ukryte w podwójnym stropie. Na szczęście płótna nie były uszkodzone. Potem jednak Jakub L. odmówił składania zeznań. Sąd zarzucił mu, że odbierał obrazy pod oknem Muzeum i skazał na kilka lat więzienia i pozbawienia praw publicznych.

Grudzień 1966 r. Milicja otrzymała sygnał, że w kradzieży brali udział jeszcze inni członkowie Klubu Czerwonych Koszul, śledztwo zostało wznowione. Początkowo wszystkiemu zaprzeczali, ale z czasem zaczęli się przyznawać. W sądzie odwołali zeznania, więc milicjanci sprawdzili, czy po instalacji odgromowej można było wejść do Muzeum. Okazało się, że młodzi ludzie byli w stanie tego dokonać. Wszyscy czterej podejrzani zostali skazani. Jeden ze złodziei to literat, autor opowiadań i dwóch książek, nagrodzony za zaangażowanie w życie społeczne kraju. Uznano go za mózg operacji, bo... przewyższał innych poziomem intelektualnym i umiał pisać na maszynie.

Jakub L. po latach powiedział, że w sumie były dwie kradzieże. Jednej nocy wyniesiono 5 obrazów Matejki, kolejnej - 8. Przed zamknięciem Muzeum złodzieje pojawiali się w nim jako zwiedzający, po czym jeden przymykał okno tak, aby dało się łatwo otworzyć.


Wrocławskie tramwaje - (powojenna) reakywacja


W 1945 r., po zakończeniu działań wojennych, ówczesne „MPK” w zasadzie straciło wszystko. Sieć trakcyjna była praktycznie w całości zniszczona, spalono 64 wagonów i 165 doczepek, kolejnych 7 wagonów i 45 doczepek wymagało remontu.

Jednak już 9 maja 1945 r. uruchomiono autobus kursujący z Karłowic do Zarządu Miejskiego (przy skrzyżowaniu ul. Podwale i Muzealnej), tzw. darmową linię W. Utworzono Zakłady Komunikacyjne miasta Wrocławia (ZKmW) z siedzibą w kamienicy przy ul. Łokietka 9. Wkrótce okazało się, że w zajezdni przy ul. Słowiańskiej poza budynkami ocalały dokumenty dotyczące przebiegu tras, rodzaju wagonów czy danych technicznych infrastruktury. W kanałach rewizyjnych znaleziono tramwaje, które wpadły tam w wyniku wybuchu i wykolejenia się. Wkrótce przeniosła się tam dyrekcja ZKmW. Z kolei 22 sierpnia uruchomiono trakcję tramwajową, na początek działała ona na odcinku od ul. Spółdzielczej do pl. Grunwaldzkiego. Pierwszy tramwaj pomalowano na kolor kremowy i udekorowano polskimi flagami. Na przedłużeniu wspomnianej trasy (do pl. Słowiańskiego) kursowały autobusy linii A, ale do września pierwsza linia tramwajowa docierała już do pl. Staszica. Drugą linię otwarto na początku października na trasie Dworzec Nadodrze - ul. Żmigrodzka. Stopniowo wydłużano te odcinki, otwierano kolejne torowiska i uruchamiano linie tramwajowe. Jednak jeszcze zimą 1946 r. większość wagonów nie miała szyb. Częściowo było to wynikiem prowadzonych na terenie miasta działań wojennych, ale winni byli też wrocławianie, którzy zajezdnie traktowali nieraz jak zakłady szklarskie… Kursy były często przerywane z powodu rozbiórek zagrożonych zawaleniem budynków.

Od 1947 r. tramwaje jeździły aż do północy (poza linią nr 1), natomiast rozwiązania takiego nie wprowadzono dla komunikacji autobusowej, mimo licznych próśb pasażerów. Jesienią wprowadzono kary za jazdę na zewnątrz tramwajów - głównie na stopniach i ramach ochronnych. Wynikało to z prawdziwej troski, ponieważ w niektórych miejscach odległość między mijającymi się tramwajami nie przekraczała kilku centymetrów (np. na pl. Bohaterów Getta wynosiła ona zaledwie 6 cm). W styczniu 1948 r. postanowiono z kolei wzmocnić działalność straży ochrony komunikacyjnej, która miała za zadanie m.in. dyscyplinować pasażerów wskakujących i wyskakujących z wagonów w trakcie jazdy, czuwać, aby w pojazdach osoby pijane, niechlujne czy obładowane bagażami nie zakłócały jazdy pozostałym pasażerom. W lutym z kolei wprowadzono pierwsze oznaczone na niebiesko przystanki na żądanie. Chęć wejścia do tramwaju należało zasygnalizować podnosząc prawą rękę, a żeby wysiąść z pojazdu - poprosić o zatrzymanie go konduktora. Latem 1948 r. wprowadzono nowe przepisy porządkowe, zabraniające pasażerom plucia, śmiecenia i jedzenia. Tym ostatnim zakazem oburzeni byli głównie rodzice małych dzieci, którzy stwierdzali, że nie mogą im przecież odmówić bułki w trakcie jazdy. Ponadto w Wielkanoc całkowicie wstrzymywano ruch (z soboty na niedzielę i w samą niedzielę), podobnie w Boże Narodzenie - od godz. 18 w Wigilię i 25 grudnia. Tak jak w Warszawie, kontrolowano punktualność przyjazdu tramwajów na pętle.

5 grudnia 1948 r. uruchomiono pierwszą po wojnie całkowicie nową linię tramwajową. Budowa trwała 27 dni i 3 noce, czyli 40 tys. osobogodzin :) Był to fragment planowanej linii na Nowy Dwór, wówczas jednak skupiono się na 1350 m prowadzących do Pafawagu. Udział w pracach brali pracownicy ZKmW, Pafawagu (zakład dostarczył szyny kolejowe), Archimedesa, Fabryki Wielkich Maszyn Elektrycznych, Urząd Zatrudnienia, studenci, milicjanci, Szkoła Saperów itd.

19 lutego 1949 r. we wrocławskiej komunikacji publicznej pojawili się kontrolerzy społeczni, pracujący za darmo. W maju rozpoczęły się prace nad budową połączenia do Leśnicy, w której po wojnie zachowało się wiele niezasiedlonych i niezniszczonych budynków. Do budowy torowiska wykorzystywano szyny, podkłady i zwrotnice z nieczynnych linii. W pracach znów brały udział przeróżne osoby: kolejarze, studenci i uczniowie, radni miejscy, rzeźnicy, pracownicy Pafawagu czy Gazowni, mieszkańcy Leśnicy, członkowie ORMO czy żołnierze. Prace zakończono 10 grudnia, oficjalnie otwarcie nastąpiło 5 dni później. Przejazd między Leśnicą i Pilczycami trwał 25 minut. Pojawił się również pomysł stworzenia trasy na Muchobór, ale zrezygnowano z niego jako nieopłacalnego - wymagałoby to przebudowy drogi i wiaduktu nad torami kolejowymi. Połączeń tramwajowych doczekali się za to mieszkańcy Oporowa, Kleciny i Księża Małego (wówczas Ciążyn).

W mieście funkcjonowały też tramwaje dla dzieci. Jeden z nich uruchomiono specjalnie, aby umożliwić dojazd na półkolonie. Wyruszał on o godz. 8 ze skrzyżowania ul. Pułaskiego i Traugutta i dojeżdżał przez Rynek na Sępolno. Wracał tą samą trasą o godz. 18. Ponadto w ramach czynu pierwszomajowego pracownicy ZKmW wprowadzili tramwaj-żłobek. Zabierał on dzieci pracowników do żłobka znajdującego się na Zalesiu, wyjeżdżając z zajezdni przy ul. Słowiańskiej o 6 i wracając do niej z ul. Różyckiego o godz. 15.

Zdjęcia pochodzą z książki "Przez wrocławskich ulic sto..." Tomasza Sielickiego. 


Wypędzony


Miasto pełne fantów, ale trzeba się spieszyć, żeby zdążyć przed Ruskimi. Więc wszyscy, nawet milicjanci, „lecą” na szaber. "(...) to kanada, tam teraz najlepsze czasy. I kto pierwszy, ten lepszy. Co teraz chwycisz, będziesz miał". Wysiadasz z pociągu na przedmieściach, a na łące tuż obok stacji kolejowej leżą wózki wszelakie, do wyboru - do koloru. Bierzesz dowolny i idziesz z nim w stronę miasta. Na szaber.

Witajcie w Breslau, mieście trupów.

Jeszcze 20 dni po upadku Festung Breslau, miasto płonie. Przybysze wysiadający na stacji Hundsfeld (czyli Psie Pole) nawet jeśli nigdy tu nie byli, doskonale wiedzą, gdzie znajduje się miasto - prowadzi ich łuna pożaru. W budynkach okna są szeroko otwarte. Właściwie nie są to okna, zostały same ramy. Witryny sklepowe i wejścia pozabijano deskami. Na parapetach częściowo zburzonych kamienic i gruzowiskach ustawiono krzyże z kartkami, na których wypisano nazwiska spoczywających tam ofiar. W rzece pływają trupy. Gwałty na Niemkach nie są niczym złym, wręcz przeciwnie - grzechem byłoby nie skorzystać z okazji, tym bardziej, że wojska sowieckie akceptują to. Zresztą żołnierze nie są lepsi i nierzadko sami gwałcą i okaleczają swoje ofiary. Najważniejszą „walutą” jest bimber, za który można dostać jedzenie.

Miasto odbudowuje i odgruzowuje się - rękami Niemców pilnowanych przez przedstawicieli zarządu miasta. Tramwajarze oczyszczają torowiska, układają nowe szyny i trakcję. Pojawia się polska gazeta, „Nasz Wrocław”, poświęcona głównie odbudowie miasta. Lepszym tytułem wydaje się „Breslau - Wrocław”, bo pokazałby narastanie na gruzach niemieckiego miasta nowego, polskiego tworu.

Taki jest właśnie powojenny Wrocław. Takim widzi miasto Jan Korzycki, główny bohater książki Jacka Inglota, „Wypędzony. Breslau - Wrocław 1945”. Na okładce znajdziecie informację „Śledztwo w powojennym Wrocławiu”. Rzeczywiście, Korzycki - uciekający przed UB porucznik Armii Krajowej - wstępuje do tworzonej we Wrocławiu milicji i otrzymuje zadanie odnalezienia „komendanta Festung Breslau”, przywódcy konspiracyjnego Werwolfu. Wydaje się jednak, że ten motyw stanowi tylko „przykrywkę” do oprowadzenia czytelnika po ówczesnym Wrocławiu. I dobrze. To, co zobaczycie, będzie naprawdę wstrząsające.

I zaskakujące. Bo poza całym złem, jakie mieszkało w mieście w 1945 r., poznacie też człowieka, który pomaga wszystkim potrzebującym, nawet znienawidzonym i pogardzanym Niemcom.

Poza Wrocławiem pokazano w książce życie na ówczesnej wsi. Niemców gospodarujących na swoich ziemiach w oczekiwaniu na wywózkę do Heimatu. Polaków, którzy mieszkając tuż obok także oczekiwali na wywózkę Niemców - aby móc przejąć ich gospodarstwa. Zobaczycie też samą wywózkę. Zatrzymanie pociągu „w polu” (za zgodą urzędników nadzorujących wywozy), aby polscy szabrownicy zdążyli wejść do wagonów i siłą zabrać resztki dorobku Niemców. Propagandowe „popisy” na stacjach kolejowych, gdzie zagraniczni dziennikarze mogli fotografować punkty lekarskie przygotowane specjalnie dla wywożonych Niemców.

Tak rodził się nowy Wrocław.

Jacek Inglot; Instytut Wydawniczy Erica, Warszawa 2012

Muzeum Historii Polski
Patriotyzm Jutra
Pionierzy na Dzikim Zachodzie

Dofinansowano ze środków Muzeum Historii Polski w Warszawie w ramach Programu "Patriotyzm Jutra"